Wrzesień 2009
 

Wrzesień 2009

Wycieczka na Biskupią Kopę i do Prudnika

W środę, 30 września 2009 roku,  o godzinie 8.30 (no dobra, dobra 35) wyjechał autobus z dziećmi, ich rodzicami/opiekunami oraz wolontariuszami i oczywiście ojcem Łazarzem na czele, który to miał śmieszny ale charakterystyczny kapelusz, z Franciszkańskiego Ośrodka Pomocy Dzieciom na wycieczkę na Biskupią Kopę i do Prudnika.
Wycieczka rozpoczęła się bardzo ciekawie - od wejścia na Biskupią Kopę. Było dosyć zabawnie, ale także bardzo wyczerpująco. Droga na górę była żmudna, długa i męcząca (szczególnie dla dzieci, choć wszyscy dyszeli na szczycie). Wchodzenie na górę było przerywane paroma postojami, w czasie których jednak mało kto odpoczywał. Parę osób postanowiło nawet przytulić się do góry, potykając się o wystające kamienie. Szczególne poruszenie wywołała mała mysz, którą dzieci goniły i oglądały. A mysz jak to mysz, dała swój autograf na palcu jednej z dziewczynek. No i wreszcie… po paru kolejnych upadkach, po przerwie w schronisku i po wylaniu litrów potu… dotarliśmy na szczyt. Ukazała się nam wieża widokowa. Wchodziliśmy na nią w grupach po piętnaście osób. Oglądaliśmy wspaniałe krajobrazy: pola, łąki oraz odległe wioski.. Jednak mieliśmy tutaj zabawną sytuację. A dotyczyła ona tupania podczas wchodzenia i schodzenia z wieży. Schody drewniane wiec jak tu nie tupnąć… Panu z obsługi się to jednak nie podobało.
Następnie ruszyliśmy na zwiedzanie klasztoru franciszkańskiego w Prudniku-Lesie. Tam, w jednej z cel przez trzy lata był przetrzymywany w czasach komunizmu kardynał Stefan Wyszyński. Wysłuchaliśmy historii Franciszkanów na tamtejszym terenie, przypatrując się naściennemu malunkowi. Następnie rozpaliliśmy ognisko. Piekliśmy kiełbaski na patykach. Wszyscy się dobrze bawili mimo, że w pewnym momencie kiełbasek zabrakło. Mały głód dopadł jak widać... I tam też czekała nas, tj. chłopaków – niespodzianka! Z okazji Dnia Chłopaka dostaliśmy od dziewczyn ołówek z biedronką na czubku. Odwdzięczyliśmy się tańcem naokoło ogniska.
Autobus wrócił do Głubczyc ok. godziny 19. Wymęczeni, spoceni, a co po niektórzy nawet brudni od ziemi. Wszyscy jednak szczęśliwi, cali i zdrowi. Oby więcej takich wycieczek!
Spisał, by potomni wiedzieli Maciek Kałek

Biskupia Kopa

Pożegnanie o. Jozafata

„Żegnając przyjaciela nie płacz, ponieważ jego nieobecność ukaże ci to, co najbardziej w nim kochasz”
Dnia 18 września bieżącego roku o godzinie 17.00 w Klasztorze Franciszkanów w Głubczycach odbyła się uroczysta msza święta, która rozpoczęła oficjalne pożegnanie o. Jozafata – dotychczasowego dyrektora Franciszkańskiego Ośrodka Pomocy Dzieciom. Było to bardzo ważne wydarzenie dla dzieci oraz wszystkich osób współpracujących z o. Jozafatem (pedagogów oraz wolontariuszy). Po skończonej mszy dzieci zarecytowały wiersz, który był podziękowaniem dla ojca za czas, opiekę oraz wytrwałość, którą okazał podczas pracy z maluszkami (a to wcale nie jest takie proste). Do głosu została dopuszczona również delegacja naszej władzy głubczyckiej, która w imieniu burmistrza naszego miasta złożyła na ręce ojca dyrektora kwiaty oraz podziękowania.
Następnie udaliśmy się do naszego ośrodka, gdzie nastąpiła dalsza część uroczystości. Przyszli wszyscy, którzy pragnęli choć jeszcze chwilę pobyć w towarzystwie o. Jozafata. Tam głos zabrała nasza kadra pedagogiczna, dzieci oraz wolontariusze. Nikt nie ukrywał wzruszenia oraz smutku (wiadomo z jakiego powodu). Kiedy już wszyscy zajęli miejsce przy stole nastąpiło dzielnie tortu, każdy dostał symboliczny kawałek na osłodę, ale to nie koniec niespodzianek. Ojciec przygotował dla wszystkich prezenty (mimo, że to nie 6 grudnia).
Ważnym punktem było również przekazanie pałeczki dyrektorskiej nowemu ojcu, a mianowicie o. Łazarzowi, który również cieszy się ogromną sympatią dzieci i wolontariuszy. Kiedy nastała wieczorna pora zostaliśmy już w naszym kameralnym gronie, aby jeszcze porozmawiać z o. Jozafatem, powspominać to co było. Spotkanie przebiegało w bardzo miłej i radosnej atmosferze, bo jak to powiedział ojciec – przecież i tak się wszyscy spotkamy na studiach we Wrocławiu, więc każdy się rozchmurzył. Zaczęliśmy się również integrować z nowym dyrektorem ośrodka o. Łazarzem, który znany ze swego poczucia humoru  wszystkich rozbawił. Było naprawdę miło, choć czasem łza w oku się kręciła z powodu odejścia o. Jozafata, jednak perspektywa pracy z nowym, bardzo mądrym oraz rozumiejącym potrzeby dzieci człowiekiem dawała oraz daje nam w dalszym ciągu ogromną radość. Około godziny 22.00 pożegnaliśmy dawnego, a powitaliśmy nowego ojca na dobre. Bo jak to się mówi nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło.
Ania Czykieta

Pożegnanie o. Jozafata

Wyjazd do Wisły

Dnia 11.09 wybraliśmy się tzn. wolontariusze na czele z ojcem Łazarzem, na integracyjną wycieczkę do Wisły. Spędziliśmy tam owocne i radosne 2 dni, a właściwie nawet dwa i pół. Droga do Wisły przebiegała w atmosferze pełnego skupienia i studiowania trasy, a w efekcie jeżeli już gubimy się w
Raciborzu to co będzie później (ale to tylko była mała dygresja i nie należy doszukiwać się żadnych złych intencji). Oczywiście należy wspomnieć, że jeden z naszych kierowców zasłużył na miano rajdowego mistrza. Naszym miejscem docelowym, a właściwie miejscem pobytu była Pustelnia, w której zostaliśmy ciepło przyjęci przez tamtejszych ojców franciszkanów: Beniamina i Juliana. Ojciec Julian od pierwszego dnia oczarował nas swoimi zdolnościami kulinarnymi (warzywny pasztet był przepyszny) Nie można zapomnieć o widokach jakie towarzyszyły nam z pustelni. Przy wytężeniu wzroku (i dobrze pobudzonej wyobraźni) byliśmy w stanie dostrzec właśnie stamtąd Czantorię, na która dzień później się udaliśmy. Uwieńczeniem pierwszego dnia był seans filmowy w pełnym gronie. Pierwszy film obejrzeli wszyscy z wielkim zainteresowaniem, lecz później wszystkim zaczęła się udzielać późna godzina (każdy wie o co chodzi). Na sobotę zaplanowaliśmy sobie pobyt w parku linowym, wrażenia są nie do opisania, adrenaliny co niemiara. Wcześniej udaliśmy się jeszcze na szybki, ale długi spacer po Wiśle, który zajął nam niecałe 15 minut. Zaopatrzeni w kaski i uprzęże ruszyliśmy na podbój szlaków. Zaczęliśmy od żółtego (najłatwiejszy), który w gruncie rzeczy sprawił nam najwięcej kłopotów, ale to pewnie tylko dlatego, że był pierwszy. Później zielony, czerwony i kamikadze. Ahh, co to było za uczucie zjeżdżać na linie i widzieć przed sobą drzewo, a pod sobą ziemię, ewentualnie krzaczki. Ale nie często mamy możliwość i okazję spotkać się z drzewem sam na sam na takiej wysokości .Zdarzyło się, ze podczas tych linowych manewrów ktoś zgubił buta, a ktoś wyruszył bez kasku. Po takich wyczynach to i nam w brzuszkach się pusto zrobiło i poszliśmy na obiad- zjedliśmy pierogi (skwarki zostały przyrównane do warzyw, bo przecież jakie to mięso) Po nabraniu energii udaliśmy się w góry, na Czantorię. Można przyznać, że pogoda nam sprzyjała bo nie padało, ale mgła nam doskwierała troszeczkę. Dzielnie maszerowaliśmy aż na samą góre, niektórym z nas udało się nawet przez chwilę pobyć za granicą ale ciii... Tak wędrując pomogliśmy pewnej pani znaleźć jej zgubę a mianowicie krowę Pamelę. Gdy dotarliśmy do celu wymęczeni, głodni ale pełni dobrego humoru podziwialiśmy piękno górskiego szczytu pokrytego prawie całkowicie mgłą. Droga powrotna już nie była dla nas taka ciężka jak początkowa i jak zuchy dotarliśmy do pustelni. Warto zaznaczyć, że z nas tacy wędrowcy górscy, że hoho! Tylko ojciec miał górskie buty ale nawet w trampkach daliśmy radę. Wieczorem, po kolacji zebraliśmy się wszyscy, w pokoju "rozmów", aby pomyślec i zaplanować pracę na ten rok w naszym Ośrodku. Pojawiło się wiele propozycji i ciekawych pomysłów. Tym akcentem zakończyła się nasza sobota.Mimo zmęczenia (chwilowego oczywiście), w niedzielę wybraliśmy się z samego rana na niższą, pobliską górkę: Soszów. Cała droga tam i z powrotem zajęła nam tylko 2 godziny, czyli dokładnie tyle, ile,  co do minutki przewidział ojciec. Naprawdę nikt nie marudził, każdy w tej wędrówce miał swój cel. Po powrocie trzeba było już się pakować, sprzątać i żegnać (aż łezka się w oku kręci). W drodzę porotnej zatrzymaliśmy się tez przy narciarskiej skoczni "Malince", na której dzień wcześniej odbyły się mistrzostwa w skokach narciarskich. I kilka minut później wyruszyliśmy już na dobre w drogę powrotną, jak wiadomo wraca się krócej jednak każdy oprócz kierowców i pilotów zdążył się przespać.
Myśmy to wszystko widziały i dlatego opisały Gosia Górecka i Ola Gumienna

Wyjazd do Wisły

Kolonie letnie – Kłodzko 2009 r.

W dniach 4-17 lipca wraz z dziećmi udaliśmy się na mały odpoczynek, tzn. kolonie.
Nasze wakacje tym razem spędziliśmy w Kłodzku, chodź większość naszego czasu przeznaczaliśmy na górskie wycieczki i poszukiwanie nowych ciekawych miejsc w okolicy. Wszyscy byli ciekawi jakie jeszcze atrakcje przygotowali opiekunowie i wolontariusze, by dzieci były zadowolone z wyjazdu. Do naszych pierwszo dniowych atrakcji podczas podróży można było zaliczyć mały wypad na Święto Kwiatów w Otmuchowie, które wzbudziło wiele zachwytu nie tylko wśród dziewczyn, ale również panowie byli pełni podziwu. Zwiedziliśmy piękne wystawy jakie były przygotowane przez tamtejszych gospodarzy, potem udaliśmy się do autokaru, by dojechać na miejsce.
Po jakże długiej i męczącej podróży dojechaliśmy do Kłodzka. Zamieszkaliśmy przy klasztorze Franciszkanów, w tzw. „Dunsie Szkocie” (który był dość dobrze znany naszym wolontariuszom). Po zakwaterowaniu, obejrzeniu ośrodka i rozdzieleniu dzieci na poszczególne grupy oraz ustaleniu dyżurów eucharystycznych, kuchennych i porządkowych udaliśmy się na przepyszną kolację do refektarza tamtejszego klasztoru. To właśnie tutaj codziennie karmiliśmy nasze brzuszki, by nie przypominały nam o sobie podczas zwiedzania. Zostaliśmy gorąco przywitani przez tamtejszego gwardiana o. Nikodema oraz nasze kochane panie kucharki (no tak wszyscy pamiętamy te pyszne obiadki, mniam). I tak powoli dobiegł pierwszy dzień kolonii.
Następnego dnia (niedziela) po śniadanku udaliśmy się na mszę św. dziecięcą do kościoła, gdzie zadebiutował, śpiewając psalm i przezwyciężając swoją tremę - czego gratulujemy - Piotr z 3 grupy. Ale to dopiero początek atrakcji zaplanowanych przez naszych opiekunów. Największą atrakcją, na którą wszyscy czekali cały dzień, była kolorowa fontanna w Dusznikach Zdroju, gdzie dość późną porą udaliśmy się całą grupą. Warto było pójść „spać” troszeczkę później.
Kolejny dzień zapowiadał się bardzo ciekawie i owszem tak było. O. Jozafat zrobił nam małą rozgrzewkę przed zdobyciem najwyższego szczytu w Sudetach. Zwiedziliśmy Błędne Skały oraz zdobyliśmy Szczeliniec. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co czekało nas następnego dnia. Śnieżka (1602 m.n.p.m)! Niejeden chojrak by wymiękł, ale wśród naszych dzieci i opiekunów nie było możliwości, by ktoś się poddał. O tak! Wszyscy daliśmy radę.
Wcześniej jednak dodatkową atrakcją był wjazd wyciągiem na Kopę, a stamtąd wyruszyliśmy na podbój Śnieżki. Dzieci były bardzo dumne z tego, że udało nam się pokonać tak trudną trasę. Niejeden z chłopców nie wierzył w to, że uda mu się zdobyć szczyt. Lecz dziewczyny wspierały ich, dzięki czemu daliśmy wszyscy radę!
Po tymże trudnym wysiłku wróciliśmy pieszo do Karpacza. Nikt nie narzekał, że bolą go nogi. Na prawdę nikt!!! Stamtąd pojechaliśmy prosto do naszego „Dunsa” na odpoczynek.
Każdego wieczoru o. Jozafat przygotowywał dla dzieci bajkę na dobranoc, dzięki której lepiej nam się spało. Każdy miał kolorowe sny. Ponadto każdego dnia dzieci mogły zdobywać talenty, które mogły potem wymieniać na mały upominek. Nie było tak łatwo zdobyć „talent”, nie myślcie sobie!
W kolejnych dniach zwiedzaliśmy Kłodzko, Wambierzyce i nawet niektórzy po raz pierwszy mieli okazje wsiąść do pociągu. Nie byle jakiego, o nie! W tym pociągu mogliśmy nauczyć się melodii psalmu, w razie gdybyśmy mieli kiedyś okazję go zaśpiewać. Ja do dziś ją pamiętam! Nikt z nas nie wiedział, że wśród naszych dzieci jest jeszcze tyle nie odkrytych talentów muzycznych… Ale jeszcze wszystko przed nami. Podczas jazdy pociągiem zastanawialiśmy się, czym zaskoczy nas Polanica Zdrój. Otóż i owszem, zaskoczyła nas.
Wielu z nas nie wiedziało, że Kłodzko ma tak piękne okolice i najsmaczniejsze gofry na całej kuli ziemskiej… (no przesadziłam troszkę…) Wszystkim dzieciom podobały się wycieczki, które pozwalały poznawać okolicę. Opiekunom zresztą też.
Ale to nic w porównaniu z tym, co opiekunowie zaplanowali dla naszych kochanych dzieci. Aqua Park - to co lubią dzieci, nie tylko te małe. O Kudowie Zdroju nikt prędko nie zapomni. Największe wrażenie wywarł na dzieciach zjazd na ślizgawce. Ależ to była frajda! Jak o Kudowie Zdroju tak i o Skalnym Mieście w Czechach nie da się zapomnieć. To dopiero było coś! Tam zobaczyliśmy narzeczonych ze skały i tę przecudną trasę widokową. Tego też dnia przed wyjazdem, nasz kolega doznał małego uszczerbku na zdrowiu, ale co tam! Ważne, że spodnie się doprały.
Kolejną atrakcją był wyjazd do Jaskini Niedźwiedziej. Niesamowite wrażenia po jej zwiedzeniu! Tak właśnie, to tam nas obserwowano, ale ciii! My już wiemy dlaczego. Wszędzie dobrze z nami opiekunami, ale czas powoli zbierać się do domku. Ostatniego dnia, w którym łzy same pchają się do oczu, wszyscy zostawiliśmy po sobie porządek w naszym mieszkanku.
Na koniec tradycyjnie zostały wręczone upominki. Wśród nich był papier, który wcześniej mieliśmy okazję sami czerpać w Dusznikach Zdroju. Podziękowaliśmy za gościnność gwardianowi i współbraciom oraz paniom kucharkom. Czas wracać do domu, po drodze jednak czekała nas jeszcze jedna atrakcja. Kopalnia złota w Złotym Stoku. Mieliśmy okazję poznać alchemika, przejechać się kolejką i zwiedzić kopalnię. Entuzjazm naszego „żuczka”, czyli przewodnika nie dawał za wygraną i nie pozwolił nikomu opuścić kopalni bez humoru. No i czas powracać do Głubczyc. Na miejscu czekali już na nas stęsknieni rodzice.
Tak minęły wspólnie przeżyte 2 tygodnie, każdy opiekun wrócił do domu z nowymi doświadczeniami, a dzieci ze wspomnieniami. Miejmy nadzieję, że za rok będzie okazja spotkać się w tym samym gronie.
Paulina Świderska

Kolonie letnie

 
  Od początku istnienia strony jesteś naszym 67006 odwiedzającym.
Dziękujemy i zapraszamy ponownie!
Copyright by FOPD
 
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=